Copyright © 2017 Selsey Polska

Najnowsze posty

Fokus na: talerze na ścianie

Wrzesień 18, 2018 Komentarze (0)

Nasze babcie uprawiały rzecz namiętnie. Pamiętam jak dziś jadalnię moich dziadków – stary przeżarty kornikiem zegar, kolekcję suszek pozatykanych w wazony i je – talerze ścienne. Jako nastoletnie dziewczę powiedziałabym, że jest to szczyt obciachu – machnąć sobie przaśne kwieciste ornamenty Włocławka na ścianie i jeszcze uważać, że jest to dekoracja pierwszego sortu. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej.

Talerze ścienne to motyw bez dwóch zdań uruchomiony przez ogólny trend na aranżacje retro. Skoro kochamy meble midcentury, skoro retro sofy spędzają nam sen z oczu, masowo oddajemy się renowacjom mebli upolowanych na starociach (lub wręcz przytaszczonych do domu z wystawki), w naszych donicach pysznią się fikus, monstera i trzykrotka, trudno dziwić się temu, że w strefie jadalnianej chętnie eksponujemy piękną porcelanę (i to niekoniecznie w witrynce).  Mnie trend ogromnie przypadł do gustu i aktualnie jestem na etapie zbierania talerzy, z których uczynię kompozycję ścienną. Na szczęście jest skąd zbierać.

Co kolekcjonować, jeśli się dopiero wchodzi do gry?
Nie odkryję tu Ameryki, gdy powiem, że zaczynamy od OLX. To studnia bez dna jeśli chodzi o cudowne relikty przeszłości. Niektórzy poznali się już na chodliwości mebli i dodatków vintage, inni wciąż oddają te unikatowe dobra za pół darmo. Ileż ja już wspaniałości tam upolowałam, to moje. Po drugie bywamy na pchlich targach. Nie wiem jak w waszych miastach, u mnie – we Wrocławiu Młyn funkcjonuje praktycznie co niedziela, oprócz tego regularnie odbywają się targi staroci w dawnej zajezdni Dąbie, czasem na Szewskiej i jeszcze w paru innych lokalizacjach. Warto należeć do odpowiednich grup fejsbukowych i śledzić starych wymiataczy, co piszą.
Po trzecie platforma Patyna oraz sklep Yestersen – ceny są wysokie, ale warto zaglądać bo i tu czasem można załapać się na okazję.

Jeśli jednak nie interesują was zdobycze z drugiej ręki, polski dizajn współczesny jest tym, co przyspiesza bicie waszych serc, wciąż mam dobre wieści. Na targach dizajnu w Łodzi co rusz wystawiają się nowe twarze i nowe zdolne rączki. Spośród tych, które ostatnio odkryłam są między innymi: JAD, Look at me i Łapińska Porcelana. To pierwsze brzmi przewrotnie, na szczęście nie ma nic wspólnego z jadem. JAD to skrót pierwszych liter od nazwy Joanna And Dishes. Co ciekawe mamy tu kompromis pomiędzy starociem i nowością. Artystka Joanna Fluder proponuje porcelanę z odzysku, zdobioną autorskimi rysunkami. Z kolei brand Look at me to dziecko Magdy Pilaczyńskiej – ilustratorki i projektantki. Magda tworzy bardzo oryginalne talerze, które doskonale wypadają zarówno osobno, jak i w komplecie, tworząc unikatową kompozycję, która wygląda jak ilustrowana historia, komiks. Nie mogę też nie wspomnieć o mojej ukochanej Łapińskiej. Jej porcelana bazuje na bardzo prostym, pełnym symboli rysunku (bryłka węgla, statki żaglowe, dłoń łapiąca deszczowe kropelki). Warto też regularnie obserwować marki takie jak: Karolina, Chodzież, Ćmielów, Kristoff. Polska porcelana ma na szczęście tyle do zaoferowania, że w kwestii dekorowania ścian talerzami, można z powodzeniem pozostać dizajnowym patriotą. 😉

fot. silverliningdecor.blogspot.com, madebygirl.blogspot.com, diyforlife.com, apartmentsilikeblog.com, theperennialstyle.com, guiaparadecorar.com, apartment therapy, milk design.

Talerze współczesne:

Gdzie Look at me, JAD, Rest design, Łapińska porcelana. 

Talerze vintage, z drugiej ręki:

OLX, Patyna, Yestersen, Allegro.

 

 

 

 

 

 

 

Must-have na jesień – jakie dodatki są teraz na topie?

Wrzesień 10, 2018 Komentarze (0)

O ile nadejście lata każe mi chwycić kosz piknikowy, napompować koła w rowerze, zatknąć kapelusz na głowę i mknąć przed siebie, o tyle jesień sprawia, że wracam do domu. Miejsce, w którym w letnie miesiące służyło głównie do tego by przepakować plecak, puścić pralkę i znów polecieć w świat, staje się na powrót domem w pełni tego słowa znaczenia. Obiady z najprostszych i niekłopoczących (talerz czereśni) znów przeistaczają się w prawdziwe kulinarne rytuały, więcej piekę, łaskawszym okiem spoglądam na przykurzoną kolekcję filmów i czajnik znów gwiżdże na ogniu.
Odkurzam dobrze mi znane skandynawskie pojęcie hygge, czyli przyjemności, jaką czerpie się z przebywania w domu z tymi, których kocham. Must-have takiego hygge’owania to na pewno kubek gorącej herbaty, jakaś książka, planszówka albo film, dużo światła niekoniecznie intensywnego (świeczki, lamiony, sznury świetlne mile widziane!) oraz oczywiście tekstylia. Poduszki dekoracyjne, których rola nie ogranicza się bynajmniej do ładnego wyglądania, pledy i narzutki, które nie tylko grzeją zmarznięte stopy, ale także karmią zmysł estetyki, chodniczki, dywaniki, skóry zwierzęce – wszystko to, co sprawia, że zeskok z kanapy nie oznacza stąpania po chłodnym.

Dziś trochę o tym, co z tych wszystkich utensyliów istotnych dla uprawiania filozofii hygge jest aktualnie hot i na topie, bo przecież warto, by w domu było nie tylko przytulnie i miło, ale także – pięknie. No więc – jeśli pled to tylko grube wełniane sploty. Bloggerki wnętrzarskie i influencerki od kilku sezonów publikują zdjęcia aranżacji sypialni i salonów, w których koc z wełny czesankowej odkrywa wiodącą rolę, a w sieci pojawiają się tutoriale jak zrobić takie cuda własnymi rękoma.

Gdzie to kupić? > PLEDY Z WEŁNY CZESANKOWEJ

Jeśli lampion – to koniecznie z naturalnych materiałów. Naturalny urok wikliny, surowego drewna, trawy morskiej czy bambusa, tak modny latem pozostaje na piedestale trendów również jesienią. To wspaniała informacja dla tych, którzy nakręceni terminami tulum style, summer boho chic i nordic scandi wyposażyli się w akcesoria dekoracyjne i dodatki w tej właśnie stylistyce. Boho-lato przekuwamy w boho-jesień.

Gdzie to kupić? > LAMPIONY NATURALNE 

No i najcudowniejszy punkt programu czyli aksamit, zwany też z angielskiego velvetem :). Velvetowe love to nie tylko sofy i fotele obite aksamitem. To także dodatki, na przykład poduszki dekoracyjne, niezbędne by w pełni poczuć jesienne hygge. Te aksamitne są nie tylko wybitnie przyjemne w dotyku, ale również bezkonkurencyjnie eleganckie i pełne dystyngowanego wdzięku.

Gdzie to kupić? > VELVETOWE PODUSZKI 

Kolory jesieni – Red Pear & Quetzal Green!

Wrzesień 6, 2018 Komentarze (0)

Instytut Pantone znów przemówił i znów można się emocjonować, zacierać ręce i planować zmiany we wnętrzach. Najmodniejsze kolory sezonu jesień-zima 2018 są piękne, intensywne i wyraziste. Mają się nijak do powszechnie kojarzonej z jesienią szarzyzny. Fiolety, żółcie, pomarańcze i czerwienie tętnią życiem i radością, dając dobrego kopa energetycznego. No w każdym razie bynajmniej nie nastrajają do pogrążenia się w refleksji na temat przemijania. 😉 Poza tym – umówmy się – letnia aura nie odpuszcza, więc łatwiej przejść do porządku dziennego nad nieubłaganym kalendarzem, gdy dyktatura barw Pantone’a współgra z ‘summer vibe’, który wciąż czuć w powietrzu.

Ja jednak te ultrasoczyste barwy pozostawiłabym póki co na boku, bo moją uwagę przykuły dwa kolory, które faktycznie mają sporo wspólnego z klimatem jesieni, a są to Red Pear oraz Quetzal Green. Ten pierwszy przywodzi mi na myśl gruszkę karmelizowaną w redukującym się Merlocie, który to zabieg mogłam ostatnio obserwować, zamówiwszy w knajpie deser życia. Ten drugi zaś przywodzi mi na myśl niezapomniany urlop w Grecji – widzę Quetzal Green jak kolor morskiej toni przy jednej z greckich wysp, gdy niebo zaszło chmurami (turkus wymieszany ze szmaragdową zielenią).

Ale dość o skojarzeniach. Czerwona gruszka to wyjątkowy, głęboki kolor lansowany w kolekcjach między innymi Bottega Veneta czy Givenchy, który idealnie wpasowuje się w kolorystykę jesieni. Jest elegancki i bardzo zmysłowy. Ma konszachty z władzą – wszak królewskie trony i szaty często bazowały na tej barwie lub jej odcieniach.

Z kolei Quetzal Green zdaje się wyrażać pewien dystans i tajemnicę. Kwezalowa zieleń wzięła się od nazwy egzotycznego ptaka, którego wyjątkowy kolor piór zaintrygował kreatorów mody. Alberta Ferretti i Alexander McQueen otwierają szeregi tych, którzy postanowili pozwilić barwie odegrać ważną rolę w kolekcji. Ten niejednoznaczny, lekko morski odcień zieleni ma w sobie trochę przepychu i luksusu glamour, a trochę swoistego wycofania, bycia na uboczu, z dala od mainstreamu.

 

Gdzie to kupić?
Narożnik Kopenhaga > fotele bordowe

 

Gdzie to kupić?
Kanapa Velvet  > fotele obrotowe  > fotele

__________________________________________________

fot. apartment thetapy, design milk, stylizimoblog.com, mydomaine.co.uk, pinterest.com.

Follow the style!

Sierpień 31, 2018 Komentarze (0)

Fakt, że emocjonuję się tutaj rozmaitymi mieszkaniami, zachwycam i dzielę tymi olśnieniami z wami, nie oznacza wcale, że w każdym z nich mogłabym zamieszkać. Jestem bardzo otwarta na rozwiązania różne od moich preferencji, wręcz uwielbiam zapuszczać żurawia tam, gdzie ludzie myślą i czują naczej niż ja. Styl industrialny doceniam za surowość i prostotę rozwiązań, styl glamour za elitarność, fikuśność i elegancję, wnętrza minimalistyczne za dyscyplinę. Styl skandynawski zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, ale też trudno powiedzieć, że biorę go w całości bez żadnego „ale”, podobnie z wnętrzami retro. Monochromatyzm potrafi mnie zachwycić, ale nie wyobrażam sobie żyć w wąskiej gamie kolorów.

Dzisiejsze wnętrze skradło mi serce od pierwszego wejrzenia i wiem, że mogłabym wprowadzć się do niego chocby i dziś. To jest ten właśnie trudny do sprecyzowania miks wszystkiego, co kocham. Baza czyli białe ściany i drewniana podłoga, meble o dizajnie z przełomu lat 50. i 60, czyli tak zwany styl midcentury, imponująca kolekcja książek, porcelany i szkła i najważniejszy punkt programu, a właściwie dwa – różowy fotel i miodowa sofa.

Mieszkanie znajduje się w Monachium, a jego właścicielka Friederike Gorytzka, zapytana o to, jak można zdefiniować jej styl, wzrusza ramionami i mówi, że woli nie definiować wcale. Na pewno widać jej zamiłowanie do staroci, vintage znalezisk, ale i glam-akcentów w postaci marmuru czy złota. Skandynawska baza jest wyraźnie przełamana eklektyzmem wielu, harmonijnie ze sobą współgrających stylów. Smaczki, które szczególnie mnie ujęły to na pewno retro-lustro w zaokrąglonej złotej ramie stojące w przedpokoju, świetne lampy na wysięgnikach w kuchni (zamiast tradycyjnych lamp wiszących) no i wspomniany wcześniej miks: musztardowa żółć i baby-pink.

To co? Zobaczmy je razem!

fot. from www.instagram.com/fedesfotos/ and www.myscandinavianhome.com

Gdzie to kupić?
Miodowa sofa > różowy fotel > poduszki > barek na kółkach > krzesło > lampa stojąca > lampa wisząca > wazony

Trzy proste tricki dla spragnionych lekkości!

Sierpień 22, 2018 Komentarze (0)

Meblościanka, kojarzona do niedawna ze złem koniecznym, straciła ostatnio swój ciężar gatunkowy. Z jednej strony łaskawszym okiem spojrzeli na nią amatorzy wszystkiego, co przyniosły wzornictwu minione epoki, wszak styl retro, akcenty vintage i design midcentury wciąż nie schodzą z piedestału najgorętszych trendów. Z drugiej strony – zabudowa na wysoki połysk (a więc meblościanka w nowym wydaniu) to rozwiązanie gloryfikowane przez wielu wyznawców stylu nowoczesnego. Tak więc z której strony nie spojrzeć, znajdziemy zawsze kogoś, kto meblościankę kocha i poważa.

Są jednak tacy, którzy kręcą nosem na te wszystkie szafy, szafki, szafeczki, szuflady, pawlacze, schowki. Na ten przyciężkawy układ rozmaitych przestrzeni do przechowywania. Nie wchodzą w meblościanki ani w wersji dla retro fanów ani w tej białej, laminowanej, prosto od współczesnego stolarza. „Zabudowany od podłogi do sufitu” to sformułowanie, które przyprawia ich o dreszcze. W pełni ich rozumiem, ja też doceniam rozwiązania, które wnoszą do wnętrza lekkość, które optycznie odciążają aranżacje.
Dziś przybywam zatem z trzema rozwiązaniami, które „zrobią wnętrzu lekko”.

Po pierwsze – podwieszone meble zamiast stojących na podłodze. Ten patent wypatrzyłam na kultowym niegdyś blogu Z potrzeby piękna .  Agnieszka, autorka bloga i właścicielka sklepu z pięknymi rzeczami do domu na Saskiej Kępie, tak właśnie odciążyła optycznie pokój swoich córeczek. Podwieszone szafki > zobaczcie tutaj!< zupełnie zmieniły to niewielkie pomieszczenie, sprawiły, że całość nabrała świeżości i lekkości, a także zyskała wymiar praktyczny – o ileż łatwiej sprzątnąć taką pozbawioną nóżek podłogę!
Dziś jestem wielką orędowniczką takiego zabiegu, co tylko mogę „wywalam” na ścianę.

Gdzie to kupić? > półki 

Druga sprawa to zabudowa kuchenna. Wiadomo jaki jest cel nadrzędny – znaleźć największą jak się tylko da przestrzeń do przechowywania. Te wszystkie talerze, miseczki, garnki, kubki, kieliszki, szklanki, deski do krojenia i inne cuda muszą gdzieś mieszkać. Rezygnacja z szafek kuchennych to absolutna utopia. Warto natomiast rozważyć odciążenie góry. Jeśli nie musisz zabudowywać miejsca do gotowania i przygotowywania posiłków nad blatem, a jednocześnie otwarte półki paraliżują cię myślą o notorycznym wycieraniu kurzu, pomyśl nad witrynką. Nie musi być do kompletu mebli kuchennych. Może być kompletnie „z czapy”. Grunt by jej transparentność, ażurowość lub wręcz – przejrzystość sprawiały, że nie mamy do czynienia z kolejną zamkniętą przestrzenią.

Gdzie to kupił? >> witrynka Lamella  >>> witryna Italia  >>> półki z frontem metalowym

Trzeci i ostatni patent na przydanie wnętrzu lekkości, to rezygnacja z zabudowanych mebli w salonie. O ile w sypialani to się nie uda – tam przechowujemy bieliznę i wiele innych rzeczy osobistych, o tyle pokój dzienny może być wolny od szaf i szafek. Owszem, nie wszystko chcemy eksponować. O ile kolekcje książek, płyt i bibeltów a także dżungla domowych roślin odnajdzie się wspaniale na odłoniętych półkach, o tyle wciąż istnieją rzeczy które niekoniecznie muszą być na widoku. Co powiecie na drewniane skrzynki lub koszyki? Rozwiązanie optycznie dużo lżejsze niż tradycyjna szafka, a także dodające wnętrzu atmosfery swobody i nonszalancji.

Gdzie to kupić? >> skrzynki i koszyki